Work Text:
To miał być zwykły, luźny dzień. Vaani wzięła sobie wolne od prac w stajni, Syntaxowi także udało wyrwać się od swoich fiksacji (bo obowiązkami trudno to nazwać) i oboje postanowili spędzić przyjemne popołudnie w Jarlaheim.
Wszystko szło zgodnie z planem. Pogoda – znakomita, humory – dopisujące, lody – smaczne.
Szli tak ramię w ramię, rozmyślając nad kolejnym celem wycieczki, kiedy nagle—
– Stój!
Vaani zatrzymała się gwałtownie i wyciągnęła ramię w bok, w wyniku czego Syntax zderzył się z jej ręką i prawie przewrócił. Uniknął spotkania z ziemią tylko dlatego, że Vaani złapała go i razem z nim przyległa do narożnika, jakby się przed kimś chowając.
– Ej, co ci odbiło?
Gdy rzucił jej pełne wyrzutu spojrzenie, położyła palec na ustach. Jej mina nie znosiła sprzeciwu; widząc to, Syntax przełknął ślinę.
– Cii! To on. Ten paskudny, nadęty druid.
– Hę…?
Zamiast wytłumaczyć, dziewczyna tylko wskazała palcem za narożnik, za którym się ukrywali.
Ponieważ dalsze dopytywanie nie dawało perspektyw na przyniesienie efektów, Syntax dał za wygraną i, wycofawszy się na bezpieczną wysokość, wyjrzał Vaani przez ramię. Wtedy dojrzał to, co i ona widziała. A gdy to się stało, w mgnieniu oka pojął, co się święciło.
Istotnie, w pewnej odległości od nich, niedaleko głównej ulicy Jarlaheim, stała postać tak charakterystyczna, że nie sposób pomylić jej z żadną inną – druid w powłóczystych szatach zakrywających mu twarz, zakrywających jego intencje, zakrywających całe jego istnienie. Sytnax nie znał tego człowieka, ale przypomniał sobie to, co wiedział o nim od Vaani. Ilekroć wypowiadała się na jego temat, cedziła słowa, a jej dłonie samoistnie zaciskały się w pięści wzdłuż ciała. Czy wynikało to z tajemniczości druida? Poniekąd pewnie tak, chociaż sama tajemniczość jeszcze niekoniecznie oznaczała coś złego.
– Naprawdę, nie rozumiem… – Syntax chciał zaprotestować przeciwko bezzasadnemu szpiegowaniu ludzi, lecz nim dokończył zdanie, został dźgnięty łokciem między żebra. – Au! No weź, możesz mi wytłumaczyć, czemu właściwie się przed nim chowamy?
– Bo nie chcę, żeby nas tu zobaczył! – syknęła Vaani.
– Ale to jest miejsce publiczne! A w ogóle co ci za różnica, czy cię zobaczy, czy nie? Każdy ma prawo tu przyjść, nawet on!
– Nie, on nie ma. Nie ma powodu, żeby wychodzić z tej swojej nory. Na pewno coś knuje i ja się dowiem co.
Zdjąwszy okulary w geście rezygnacji, Syntax potarł się dłonią po garbku nosa, nic już jednak więcej nie powiedział. Najwyraźniej Vaani postawiła sobie za punkt honoru śledzić tego druida, jakkolwiek bezsensowne by to nie było.
– Rozmawia z tą kobietą z zoologicznego. – mamrotała do siebie niczym szaleniec. – O, ona się śmieje! Śmieje się do niego! O co może chodzić?!
– Czy ty naprawdę zawsze musisz podejrzewać ludzi o najgorsze? – westchnął Syntax bardziej do siebie niż do niej.
Odpowiedź nie padła, zresztą zaraz po tym obiekt ich obserwacji zmienił swoje położenie; chwilę jeszcze dyskutował ze sprzedawczynią, następnie oboje weszli do sklepu i całkowicie zniknęli im z oczu. Mimo tego Vaani jeszcze usilniej wpatrzyła się w drzwi do sklepu, wstrzymując oddech z takim napięciem, jakby przed jej wzrokiem toczyła się właśnie walka na śmierć i życie, a nie codzienna sytuacja.
– Wychodzi!
Znudzonym wzrokiem Syntax popatrzył w tamtym kierunku.
Na odchodne druid ukłonił się kobiecie. Ta, stojąc w drzwiach, odmachała mu z szerokim uśmiechem na twarzy. Zaczął iść ulicą i chociaż przyciągał ciekawskie spojrzenia, nie było po nim widać nic podejrzanego… jedynie w jego ramionach spoczywał teraz szczeniak.
– Hah…? – Vaani zamrugała. – Co to ma być? Po co mu pies?
– Vaani – Syntax położył jej dłoń na ramieniu – nie przyszło ci do głowy, że ludzie odwiedzają sklepy zoologiczne w celu adopcji zwierząt?
– Ale… ale… Przecież to Avalon! Ten sztywniacki, zadufany, wredny, niereformowalny—
– Vaani – powtórzył Syntax.
Doprawdy, do rzadkości należały momenty, kiedy trajkocząca jak katarynka, uparta w swoim postanowieniu Vaani dawała za wygraną i cichła. Do jeszcze rzadszych widok jej miny, kiedy przeobrażała się z pewnej siebie w speszoną, a wręcz nieco zawstydzoną. Doprawdy niewiele osób na świecie miało okazję oglądać, jak Vaani Asher przyznawała się do błędu.
Syntax musiał uznać się za wyjątkowego szczęściarza.
– Chodźmy już, co? – delikatnie, ale stanowczo otoczył ją ramieniem i odciągnął w kierunku przeciwnym do oddalającego się druida. Vaani jeszcze chwilę wodziła za nim wzrokiem, jednak dała się prowadzić bez większych protestów. Samo to zakrawało na cud. – Wiesz, w Mieście Jorvik jest coś takiego jak psia kawiarnia. Podobno niezwykle popularna.
– Naprawdę? – gdy zwróciła na niego wzrok, jej oczy świeciły się jak dwie latarenki.
– Tak. Możemy nawet tam iść, jeśli chcesz. Niezbyt umiem radzić sobie ze zwierzętami, ale jeśli chcesz…
Reakcja Vaani warta była drobnego poświęcenia. I Syntax nie zamierzał tego psuć, wytykając jej, że prawdopodobnie mniejszym czynnikiem w poprzednim zamieszaniu był Avalon, a większym szczeniak, jakiego przygarnął.
